piątek Czerwiec 23rd 2017

Czytam:

Dawid L. Hough - "Motocyklista doskonały"
Orlando Figes - "Taniec Nataszy"

Kontakt

l4h@poczta.fm

Wysoki sądzie, zeznaję że nic nie wiem

Ponad rok temu, w trakcie powrotu z pracy, trafiłem na miejsce wypadku. Rowerzysta leżał po jednej stronie samochodu, jego rower po drugiej, a między tym znajdowała się roztrzęsiona kierująca. Tak wyszło, że wezwałem pogotowie i policję i na tym skończył się mój udział w sprawie. No może jeszcze kierowałem ruchem, żeby jakoś pomóc kierowcom objechać miejsce zdarzenia. Tymczasem kilka miesięcy po sprawie zaproszono mnie na komisariat policji celem złożenia zeznań. Powiedziałem czego nie widziałem i wydawało mi się, że to wszystko. Tymczasem wczoraj przyszło mi zeznawać w tej sprawie przed sądem, gdzie odczytano moje zeznania i kazano je potwierdzić. Tak więc pod przysięgą zaświadczyłem, że nie widziałem wypadku i mogę co najwyżej się domyślać z jaką prędkością jechał poszkodowany. W tym celu na trzy godziny opuściłem miejsce pracy w ramach bezpłatnej przerwy. Biorąc pod uwagę fakt, że nie powołano drugiego rowerzysty który widział znacznie więcej niż ja, moja wiara w polskie sądownictwo jeszcze bardziej upadła. Ale nie na tyle by nie przestać wierzyć, że to był mój pierwszy i ostatni „występ” w tej sprawie.

rzeczywistość pourlopowa

Z urlopu wróciłem jakieś dwa tygodnie temu, ale do tej pory pozytywne skutki są odczuwalne. Filtry w mózgu przeczyszczone, akumulatory naładowane i od razu się więcej chce. Zwłaszcza, że jest co robić. Do rosyjskiego doszedł jeszcze drugi język – niemiecki. Postępy są małe, ale są. Poza tym chodzi po mnie zmiana pracy. Nie wiem czy i kiedy ruszę temat, bo póki co przydałoby się poczytać coś w temacie związanym z nowym stanowiskiem i ocenić czy to mnie nie przerasta. A za to motocykl ma się dobrze. Przeżył urlop na Węgrzech a w ostatni weekend pomógł mi odkryć Szlak Orlich Gniazd. W planach już kolejny wyjazd.

Szkoda tylko, że wzorem Marii Peszek chciałoby się zaśpiewać „pieprzę cię miasto„. Szkoda, bo miasto wkurza mnie niemożebnie, a tak się jakoś składa, że tu jest praca.

korpodialogi

Ja (na cały sektor): Program mi się chędoży
Kolega:  Co ci się dzieje?
Ja:  Kurwa, program mi się jebie!
Kolega:  Było tak od razu.
(Po czym podszedł pomóc. I bądź tu człowieku kulturalny)

***

Szef orzekł, że jego młody ma depresję:  Nie dostaje cycka w nocy.
Ja: Fakt, brak cycka w nocy to jest powód do depresji.

***

Kolega robi komputerowy kurs BHP i w pewnym momencie wypina słuchawki i puszcza go na głośnik.
Ja: Co jest?
K.: Słuchajcie… tu mówi kobieta.
Ja:  No i? To pierwsza kobieta która się do ciebie odezwała?
K.:  Tak.

Dzień później zaczął mówić o swojej siostrze.
Ja: Przecież ty nie masz siostry.
K.: Skąd wiesz?
Ja: Wczoraj mówiłeś, że pani z kursu BHP to pierwsza kobieta która się do ciebie odezwała.
K.: Siostra to nie kobieta.
Ja [zbierając szczękę z podłogi]: Yyyyyy… to jakiej płci jest twoja siostra.
K.: Nie wiem.

doskonałe podsumowanie tygodnia

- Przepraszam bardzo, gdzie znajdę papier toaletowy?
- Tutaj. Czekał specjalnie na pana.

Korpodialogi

Ciekawe dlaczego managerowie ścigają nas akurat w oparciu o to narzędzie?
Bo jest najbardziej kolorowe.

***

Kolega siedzi przy monitorze i nagle słychać jego okrzyk: Chuj w dupę!
W tym momencie pada pytanie: Jakieś plany na weekend?

***

Gdzie ty mieszkasz?
W województwie lubuskim – odpowiada koleżanka i dodaje - i to bez sensu, że podlegamy pod Wielkopolskie.
?!
No bo raz musieliśmy coś załatwiać w Zielonej Górze a innym razem w Poznaniu.
??!
Moment… pomyliłam się. To był Gorzów Wielkopolski.

***

Rozmowa z jednym z bliźniaków, na temat odróżniania go od brata.
Ja tu nie widzę problemu. Patrzę na niego i wiem, że to nie ja.

o klonowaniu

Rosyjski. Temat: klonowanie.

Kolega w roli księdza, zaczyna wywód potępiający klonowanie jako niezgodne z wolą bożą.
Nieśmiało wtrącam: jeśli mogę przerwać, chciałbym przypomnieć, że Ewa była pierwszym klonem.

Wygrałem :)

z rejestru strasznych snów

Jazdę na bilecie „rocznym niewidocznym” (czyt. z przygotowanym do awaryjnego skasowania biletem jednorazowym) stosuję od samego początku mieszkania w tym mieście. W pewnym okresie byłem zmuszony sobie odpuścić sobie ten niecny proceder, jednak od pewnego czasu doń wróciłem. Jak dotąd udawało mi się go w porę skasować i wszystko w miarę płynnie działało. Tymczasem tej nocy przyśniła mi się kontrola biletów w trakcie której zostałem złapany. Nie żebym szczególnie brał sobie do serca sny, jednak zacząłem baczniej obserwować otoczenie w MPK, by wiedzieć kiedy sięgnąć do kieszeni, a potem do kasownika. Cały dzień mijał spokojnie, aż tu nagle w wieczornym tramwaju ujrzałem panią z czytnikiem kart. Chwilę później już stałem ze skasowanym i gotowym do kontroli biletem. Prawdę mówiąc gdybym go nie miał, to też nic by się nie stało – tramwaj zatrzymał się na przystanku zanim ktokolwiek do mnie podszedł. Pojechałem jednak dalej, dałem się sprawdzić i… w kolejnym tramwaju minąłem się z wysiadającą grupą kontrolerów.  Dawno nie miałem proroczych snów.

nie mam czasu

krótko

Codziennie wyjeżdżając do pracy, przez okno autobusu widzę osiedle na którym mieszkam. Osiedle znikające, w miarę jak się od niego oddalam. I co jakiś czas, pojawia się myśl, by spakować walizki i sprawić by zniknęło na zawsze. Tylko nie ma jeszcze myśli, która by pomogła zdecydować gdzie pojechać.

o egzaminie

W którymś momencie przyszedł dziewiętnasty dzień tygodnia, a za nim kryzys. Dwa weekendy spędzone w pracy, w połączeniu z normalnym harmonogramem wymagającym obecności od poniedziałku do piątku, podkopały trochę moją wiarę w sens tego co robię. Krótko mówiąc, miałem dość. I właśnie pod wpływem impulsu wyciągnąłem mojego byłego szefa na kawę i długą rozmowę. I tak oto zacząłem migrację. Na razie w myślach, bo formalnie mój obecny szef wie, że chcę odejść, ale nawet ja nie wiem gdzie i kiedy. Korpo kusi różnymi drogami rozwoju i robię co mogę by wybrać tę najlepszą. By pomóc sobie w tym wyborze, postanowiłem zadbać o swoją edukację i poprosiłem o pomoc w zdobyciu pewnego biznesowego certyfikatu. Prośba moja została rozpatrzona pozytywnie, w duchu naszej firmy. Czyli, dowiedziałem się, że za dwa tygodnie mam egzamin i sam muszę się do niego przygotować.

Materiałów było aż nadto, czasu niekoniecznie. Niemniej jednak, w pracy było spokojnie i można było poświęcić służbowe osiem godzin dziennie na próbne testy, na zmianę z teorią. Do tego jeszcze doszła nauka w czasie wolnym i w końcu nadszedł TEN dzień. Dzień, który zaczął się marnie, cytując klasyka. Dwie godziny przed egzaminem, odczytałem maila z którego wynikało, że nie dopełniłem procedur rejestracyjnych, a co za tym idzie nie muszę być dopuszczony do zdawania, przy jednoczesnym obciążeniem firmy za egzamin. Czyli, jak mawiał inny klasyk, dupa w pokrzywach.

I znowu zadziałał duch korporacyjny i zacząłem pisać do kogo się dało, żeby tylko coś odkręcić. Jedną z tych osób była moja koleżanka, a przynajmniej tak mi się wydawało.

Dziewczynę poznałem kilka miesięcy po przyjęciu do firmy. Niecały rok pracowaliśmy razem, po czym każde poszło w swoją stronę. Ja niejako w bok, ona do góry. No i co tu kryć, w końcu okazało się, że charakterem blisko jej do samicy Canis Familiaris. Przysłowiowej oczywiście, bo te prawdziwe są dużo milsze. Dziewczyna z racji zajmowanego stanowiska była najważniejszą osobą która mogła mi pomóc. Zamiast jednak to zrobić, zaczęła się wymądrzać jak to miałem szansę i z niej nie skorzystałem. Świadom tego, że dałem ciała, poprosiłem jej o konstruktywne działanie i pomoc by egzamin nie przepadł. Jednak nie była zainteresowana. Wolała pokazać mi gdzie moje miejsce.

W tym momencie w rolę dobrej wróżki wcieliła się inna dziewczyna, której w życiu na oczy nie widziałem. Nie wiem dokładnie jak to zrobiła, ale udało się jej wyprostować moje niedopatrzenie i do egzaminu podszedłem kilka godzin później z inną grupą. Co tu kryć, bałem się czy nie zaprzepaszczę tej szansy, niemniej jednak nie było mi dane po raz kolejny świecić oczami. Po dłuższym namyśle, wcisnąłem przycisk kończący egzamin, przeklikałem kilka pól i… oczom moim ukazał się wynik 90%. Znaczy się, zdałem.

I tak oto, w ciągu jednego dnia zdałem egzamin z podstaw zarządzania biznesem w branży IT i… oblałem egzamin z wiary w drugiego człowieka.

Od jutra można zacząć myśleć, co z tym zrobić. Dziś nie mam na to sił. Fajka i czeskie piwo znakomicie pomagają na poradzenie sobie ze spływającym stresem. Może nawet dzisiejszą noc prześpię wreszcie spokojnie.

 Page 1 of 66  1  2  3  4  5 » ...  Last »